Ciało i zmysłyPolski
Zosia i pudełko pączków
— Zosiu, zanieś te pączki dziadkowi, tylko ostrożnie — powiedziała mama.
Zosia kiwnęła głową. W pudełku leżały cztery pączki, jeszcze ciepłe. Był tłusty czwartek, a dziadek czekał na swój pączek z różą. Zosia bardzo chciała, żeby żaden się nie zgniótł.
Droga do dziadka prowadziła przez łąkę. Po nocnym deszczu w trawie pojawił się rów z wodą. Był szeroki. Za szeroki na jeden krok.
— Raz, dwa, trzy — szepnęła Zosia i podniosła nogę. Nie. Za daleko.
W rowie pływała kaczka. Zanurzała dziób w wodzie i wyciągała z błota coś smacznego.
— Kwa! — powiedziała, ale wcale nie patrzyła na Zosię. Miała swój obiad.
Zosia znalazła w trawie deskę. Położyła ją nad rowem. Deska była za krótka, jej koniec zsunął się i wpadł do wody. Plum! Kaczka aż podskoczyła.
Zosia usiadła na trawie. Pudełko pachniało cukrem. Patrzyła na wodę i nagle coś zauważyła. Na samym środku rowu sterczał płaski, mokry kamień.
— Raz, dwa, trzy — powiedziała Zosia, tym razem powoli.
Wyciągnęła deskę z wody. Jeden koniec oparła na brzegu, a drugi na kamieniu. Deska zakołysała się, ale została. Zosia przeszła po niej z pudełkiem w obu rękach. Potem stanęła na kamieniu. Do drugiego brzegu zostało tylko tyle, co jeden mały krok.
Zosia zrobiła go.
— Kwa! — powiedziała kaczka i odpłynęła.
Dziadek stał już w drzwiach. Zosia podała mu pudełko. Dziadek wyjął pączek z różą i ugryzł duży kęs. Na jego wąsach został cukier, a reszta posypała się na stół, cichutko jak śnieg.
— Mmm — mruknął dziadek.
Zosia też wzięła swój pączek. Był jeszcze ciepły.