Przejdź do treści

Pierwsze razyPolski

Tola, niejadek i spóźniony cień

Tola przesuwała łyżką groszek po talerzu. Jedna zielona kulka, druga zielona kulka, trzecia.

Tola była małym niejadkiem. Jadła jak wróbelek: okruszek chleba, łyżeczka kisielu i już mówiła „dość". A dziś na talerzu leżał groszek.

– Zjedz, Tolu – powiedziała mama. – Potem pójdziesz do labiryntu.

Tola bardzo chciała do labiryntu. Żywopłot za domem był przycięty akurat tak wysoko, że mała dziewczynka mogła się za nim schować. Ale groszek? Groszek był okrągły, śliski i pachniał trawą.

Spróbowała więc po swojemu. Schowała trzy kulki pod kromkę chleba. Kromka się przechyliła i plum, plum, plum, groszki potoczyły się pod szafkę.

– Tolu – westchnęła mama z kuchni.

Na parapecie leżał kot Bazyl. Podniósł głowę, spojrzał na podłogę i znów ją położył. Przyszedł tu po plamkę słońca, nie po groszek.

Tola spróbowała jeszcze raz. Zamknęła oczy, wzięła jedną kulkę na język i od razu ją wypluła.

– Nie umiem – szepnęła.

Wtedy zobaczyła na ścianie swój cień. W tym domu cienie zawsze się spóźniały. Rano wlekły się kilka kroków za właścicielem i dopiero w południe go doganiały. Nikt się temu nie dziwił.

Tola podniosła łyżkę. Cień podniósł swoją dopiero po chwili, jak śpiący piesek.

– Spóźniasz się – powiedziała Tola.

I nagle miała pomysł. Ciekawe, czy zdąży zjeść, zanim cień ją dogoni!

Nabrała groszek i szybko włożyła do buzi. Ugryzła. Groszek pękł, miękki i trochę słodki.

– Spóźniasz się! – zawołała.

Cień dopiero unosił łyżkę. Tola zjadła drugi groszek, potem trzeci. Jadła szybciej i szybciej, tak szybko, że nie zdążyła się skrzywić. Bazyl zamruczał na parapecie.

Została ostatnia kulka. Na ścianie cień był już tuż-tuż, a za oknem zabrzmiał dzwonek na południe.

Tola i cień podniosły łyżki w tej samej chwili. Kling! Łyżka stuknęła o pusty talerz, a słońce grzało Tolę w policzek.