Przejdź do treści

Pierwsze razyPolski

Zosia i rower na rynku

Zosia bardzo chciała pojechać na rowerze sama, bez ręki taty na siodełku.

Na rynku stały stragany. Na jednym piętrzyły się kosze we wszystkich kolorach, a pani Hela układała je jeden na drugim. Ostatni kosz był żółty jak masło i stał na samym końcu rzędu. Tata poszedł po chleb. Zosia została z rowerem.

Jej cień został z tyłu. W tym mieście cienie wstawały później niż ludzie i doganiały ich dopiero w południe. Nikt się temu nie dziwił.

Zosia usiadła na siodełku i ruszyła. Patrzyła na swoje stopy. Rower zakręcił się w kółko i przewrócił, a dzwonek zadzwonił: dzyń!

— Jeszcze raz — powiedziała Zosia.

Pedałowała teraz szybciej i mocno ściskała kierownicę. Rower popędził prosto na kosze.

— Moje kosze! — zawołała pani Hela i przytrzymała najwyższą wieżę. — Ja ich pilnuję, nie ciebie, kochanie!

Zosia zahamowała tuż przed czerwonym koszem. Serce biło jej szybko.

— Jeszcze raz — szepnęła.

Znowu usiadła. Znowu spojrzała na stopy. Rower znowu zachwiał się w lewo i w prawo, jak kaczka.

Wtedy Zosia coś zauważyła. Kiedy patrzyła na stopy, rower jechał tam, gdzie patrzyły stopy, czyli w żadne miejsce. Podniosła głowę. Daleko stał żółty kosz.

Zosia patrzyła tylko na niego. Pedałowała i pedałowała. Koła zaszumiały, a rower sam wyprostował drogę, jakby ktoś rozciągnął sznurek między nią a koszem.

Zegar na wieży zaczął bić południe. Za plecami Zosi zatupały małe kroki, to cień biegł ze wszystkich sił. Dogonił ją akurat pod żółtym koszem i pojechał razem z nią, kółko w kółko, na tym samym rowerze.

— Dzyń, dzyń! — zadzwoniła Zosia.

Tata stał z chlebem pod pachą i nie powiedział ani słowa. Pachniało świeżą skórką, a koła wciąż cicho szumiały.