Przejdź do treści

Rodzina i domPolski

Lampion w trzcinach

Tosia, mała bobrzyca, znalazła w trzcinach lampion. Świecił na żółto, jak mały księżyc, i kołysał się na wodzie.

– Mamo, tato, Bartku! – zawołała. Ale nikogo nie było. Rodzina poszła daleko, po gałęzie na tamę. Miała wrócić o zmroku.

Tosia spojrzała na swój domek z patyków. Wejście było ciemne. „Powieszę lampion nad drzwiami – pomyślała. – Wtedy wszyscy trafią do domu”.

Wciągnęła lampion na brzeg. Był lekki. Przyniosła patyk, ostatni prosty, jaki miała, i wbiła go przy drzwiach. Zawiesiła lampion na patyku.

Trzask! Patyk się złamał. Lampion plasnął w trawę, ale nadal świecił.

– Nic się nie stało – szepnęła Tosia. – Spróbuję inaczej.

Wzięła długą trzcinę i próbowała przywiązać lampion do dachu. Ślizgała się. Węzeł się rozwiązywał. Lampion zjeżdżał w dół, w dół, aż trafił na jej nos.

– Hi, hi – zachichotała Tosia. – Mam świecący nos!

Ale chciała, żeby lampion wisiał. Usiadła i się zamyśliła. Wtedy zobaczyła gałąź nad drzwiami. Była gruba i miała gładki kark.

Tosia wspięła się na nią. Gryz, gryz, gryz – zrobiła w gałęzi małe wgłębienie swoimi dużymi zębami. Gryz, gryz, gryz – jeszcze trochę głębsze. Potem podniosła lampion za rączkę i zawiesiła w wycięciu.

Pasował idealnie. Lampion zakołysał się i zaświecił nad wejściem.

Po chwili usłyszała plusk. Z ciemnej wody wypłynęła mama z gałęzią w zębach. Za nią tata. Za nimi Bartek, który uderzył ogonem – plask! – i obryzgał wszystkich.

– Zobaczyliśmy światełko – powiedziała mama.

– To moje – powiedziała Tosia.

Weszli do domku jedno za drugim, a lampion kołysał się nad nimi i kładł na wodzie złotą ścieżkę.