Rodzina i domPolski
Zosia i okulary dziadka
Zosia biegła przez ogród dziadka, a jej cień człapał daleko z tyłu. Tak było każdego ranka. Cień zawsze się spóźniał i dopiero w południe dobiegał do jej butów.
– Cień mnie dogoni w południe – mówiła Zosia i wcale się tym nie martwiła.
Dziadek siedział na ławce z gazetą. Trzymał ją daleko od nosa i mrużył oczy.
– Zosiu, nic nie widzę. Gdzieś zgubiłem okulary.
– Znajdę je! – zawołała Zosia. Bardzo chciała, żeby dziadek przeczytał jej bajkę o lisie. A bez okularów nie mógł.
Zajrzała do kuchni. Był kubek, była łyżka. Okularów nie było. Zajrzała pod ławkę. Siedział tam tylko ślimak i patrzył na nią spokojnie.
Został składzik. Zosia stanęła w drzwiach. W kącie było ciemno jak w kapeluszu.
– Nie chcę tam iść – szepnęła.
Ale chciała bajkę. Wyciągnęła rękę w ciemność i namacała coś długiego. Bum! Grabie przewróciły się na podłogę. Zosia pisnęła i wybiegła na słońce.
Stała i oddychała szybko. Co teraz? Nie miała latarki. Spojrzała pod nogi. Jej cień stał tuż przy jej butach, krótki i ciemny.
– Jest południe – powiedziała Zosia. – Słońce jest wysoko.
I wtedy przyszedł jej do głowy pomysł. Wróciła do składziku i pchnęła drzwi, aż otworzyły się na całą szerokość. Światło wpadło do środka i dotarło aż do kąta. Tam, na starej konewce, coś błysnęło. Dwa małe kółka.
– Okulary! – krzyknęła Zosia.
Zaniosła je dziadkowi obiema rękami, żeby się nie zgubiły po drodze. Dziadek nałożył je na nos i uśmiechnął się szeroko.
– Teraz widzę najlepszą pomocniczkę na świecie.
Zosia usiadła obok niego na ławce. Jej cień usiadł razem z nią, równiutko, tuż przy jej boku.
– Dawno, dawno temu – czytał dziadek – żył sobie lis…
A w ogrodzie coś cicho zaszeleściło, bo ślimak ruszył w drogę.